nie jedz tyle

dziś śniło mi się, że ciężarna koleżanka urodziła Antychrysta, który już przed narodzinami rozmawiał ze mną z jej brzucha (dokładnie modulując skórę matki na kształt swojego belzebubiego ciałka).
film polski oczywiście zakończy się dogrywką, ale dogrywką po bezbramkowym meczu. "nie wpisuję pani ndst z pierwszego terminu, bo jak już coś pani napisała, to było to naprawdę świetne".
jeżeli wszystko pójdzie dobrze, za rok o tej porze będę w Chile. oby wszystko dobrze poszło, ale jak nie pójdzie, nie ma sprawy, prędzej czy później i tak tam pojadę.
no i złożyłam papiery na iberystykę do Krakowa i do Warszawy. nie powinnam mieć problemów z rekrutacją, problem tylko, że wyniki ogłoszą, kiedy spokojnie będę marynować bezkresy mojego ciałka w Morzu Adriatyckiem, brać na klatę śmiertelne dawki promieniowania UV, wpychać ajwar i pogryzać go Chorwatami. i z mieszkaniem jest problem, bo Podgórze w pół roku podrożało tak, że to czyste szaleństwo.
teraz spędzam tydzień na Śląsku. jak powiedział dobry kolega, potraktuj to jak wakacje na prowincji. zabierz książki, filmy, najlepiej dużo. no i wzięłam, Historię Kina Polskiego i wszystkie filmy polskie, które powinam obejrzeć do poprawki. a miałam pisać magisterkę. profesor L. będzie nieustatysfakcjonowany.

nie mogłam spać od kilku dni, to łyknęłam proszki

i śniło mi sie, że z profesor Alicją H. jedziemy na dachu pociągu i wszędzie rozdmuchujemy pianę mydlaną, zaprowadzając na świecie zimę.
może wojna idzie, może tylko egzamin.

nie, to pewnie po prostu unik przed stresem

pomimo że czeka mnie niebawem jeden z większych egzaminów w całym toku studiów (ale kto się stresuje na 7 levelu?), właśnie przygotowania do niego są dla mnie najfajniejszym momentem całych tych ujotowych semestralnych wakacji. zasuwamy po 3 filmy polskie dziennie, obracamy książeczki na notateczki, z koleżanką i kolegą również migrantami. generalnie ominęło mnie studenckie życie, dlatego kiedy coś się rusza, cieszy mnie nawet perspektywa gehenny (swoją drogą był taki film w 1938, o ile mnie pamięć nie myli, chyba Waszyńskiego)

żegnaj, Ero

jakoś ciężko mi się zobaczyć w "elitarnym gronie" (equals, zapewne, nerds) wolontariuszy pod bezpośrednią opieką Królowej Wolontariatu, trzeci dzień na kacu. jako że zaczynamy w Centrum wolontarzenie już 2 dni przed rozpoczęciem festiwalu, niechybnie wyjebią mnie w dzień po rozpoczęciu za ciąg alkoholowy.
a miało być tak pięknie. tak spokojnie. miała być telewizja festiwalowa, która tylko raz się ucieszyła, że chcę z nimi pracować. mieli być goście, z którymi jest zero roboty. miał być Hellios i sale, w których można spędzać długie dnie, bo nikt nie przychodzi (i dzięki Bogu, bo masz przecież kaca od tygodnia!). gdzie jesteś, Wojtku, Szefuńcio Idealny? kto teraz będzie pił z Willem Smithem na zapleczu sali nr 6? kto ukoi mój ból, kiedy trzeba będzie siedzieć za biurkiem i odbierać telefony, albo robić rzecz, na myśl o której drżę ze strachu - puszczać hermetyczne żarty?
no ale bądź tu twardzielem i wzgardź propozycją zakwalifikowania się do elitki. 

nie trzeba było rok temu na Oficjalnym Pożegnaniu Wolontariuszy wychodzić na scenę (w stanie wskazującym na uczestwnictwo w Nieoficjalnym Pożegnaniu Wolontariuszy Heliosa i, co gorsza, Supertajnym Pożegnaniu Obsługi Sali Helios 6 imienia Willa Smitha) i wygłaszać płomienne, zionące alkoholem wszelakiego rodzaju, podziękowania dla całego świata - od fellow wolontariuszy, przez kierowników sal, Kierownika Kierowników, aż po samego Romana Gutka i Willa Smitha. widać wyczuli, że jestem fajna. albo że dużo piję i że trzeba się mnie jakoś pozbyć.

najgłupsze wydarzenia obserwuję w real time slow motion

prześladuje mnie poczucie, że jestem tylko czyjąś Samanthą w krakowskiej wersji Seksu w Wielkim Mieście. w niektórych sytuacjach po prostu WIEM, że jakaś Carrie właśnie komentuje wszystko, co się u mnie dzieje na bieżąco. i że te ironiczne puenty każdego pojedynczego wyrywu dopisują prawdziwi hollywoodzcy specjaliści. bo mimo że to remake polski, to poziom absurdu wypełniający moje życie seksualne nie może nie być wyreżyserowany. 
może po prostu zaczynam sama narratywizować swoją intymność. Zizek byłby dumny. gorzej jeśli to zalążki pospolitej schozofrenii.
 
w skrócie chodzi o to, że mężczyźni nie muszą już nawet nic mówić, żeby wychodzić na idiotów. bosko pięknych arabskich idiotów, którym i tak się nie oprę.

życie rzuca mi kłody pod nogi

zawsze kiedy są potrzebni, nie ma ich. a potem zapraszają na wódeczkę w dzień po zarwanej na naukę nocy, będący jednocześnie dniem twoich imienin, dniem w który nie ma kiedy odespać, dniem darmowego powrotu do Zabrza. i to zapraszają gromadnie, w różne miejsca w tym samym czasie. 
w dzisiejszych czasach tak trudno jest być dobrym biesiadnikiem.

zdaje się jednak

że wybiorę Warszawę. coś czuję, że nic nowego mnie w Krakowie już nie spotka ;)

edit: no i sprawy się skomplikowały. ale z drugiej strony rok dłużej w Krakowie oznacza rok dłużej z profesorem L. i pracę magisterską napisaną na urlopie, co oznacza pewnie więcej dziwnych rzeczy, ale to tak skomplikowane, że aż trudno opisać.
 
Designed by Lena